r: 0px solid ; width: 800px; height: 112px;" alt="" src="baner/panoramazima.jpg">
![]()

Och Ty
Karol...
Prawdziwa historia.
To wcale nie zaczęło się tak jak jesteście pewni, że się zaczęło.
To nawet nie
zaczęło się tak jak przypuszczacie, że się zaczęło.
Gdybyście wypuścili wodze swojej fantazji na bezkresną łąkę marzeń a potem zebrali wszystkie szalone i kolorowe pomysły, jakie wpadły wam w tym czasie do głowy to nie wysnulibyście równie niebywałej i zwariowanej opowieści, jaką jest ta właśnie…
Historia ze wszech miar prawdziwa...
Ale do rzeczy.
Dokładnie rok wcześniej nim urodził się
Karol, siedząc sobie niewygodnie na traktorze, kiedy to przemierzałem w
tę i z powrotem łąkę kosząc trawę na siano a potem znowu i znowu, po jej
skoszeniu przemierzałem ją by przewracać trawy, aby wyschły równo w
rozgrzanym majowym słońcem powietrzu, nie mogłem nie dostrzec istoty,
która regularnie towarzyszyła mi w tych chwilach dumnie krocząc na swych
długich, czerwonych nogach, opodal traktora.
- No i co z tego, że bocian chodził po łące, po skoszonej trawie? Zawsze chodzi. Zadalibyście mi pytanie a potem sami sobie od razu udzielili na nie odpowiedzi, gdybym tylko wspomniał o bocianie.
A wspomniałem?
Nie.
Ale to właśnie on tam był, za każdym razem, gdy wyjeżdżałem na łąkę pojawiał się znikąd i krążył jak starszy pan na spacerze z psem, który spaceruje po parku by psina miała czas pobuszować w zieleni miejskiej. Jak profesor w trakcie klasówki ze złożonymi na plecach rękami nieco pochylony do przodu by dobrze widzieć nad okularami tych co dalej od niego i natychmiast próbują ściągać.
Starszy pan z pieskiem przechadzał się spokojnie po parku, niekiedy z rozrzewnieniem spoglądał za młodą dziewczyną na wrotkach, miała taką krótką spódniczkę, przemykając obok zostawiała w powietrzu nutkę swoich perfum. Niezły mam nos, pomyślał starszy pan i zaraz się zmartwił.
Już tylko nos…
A bocian?
Co robił bocian?!
Spytała jakaś niecierpliwa pani w zielonym kapeluszu, siedząca w drugim rzędzie.
Ach! No tak. Bocian…
Bocian szukał żab, proszę pani. Żab, cykad i innych mieszkańców łąki wystraszonych przez zamęt, jaki ludzie i ich hałaśliwe maszyny sieją pośród rozedrganego powietrza na łące.
Mój towarzysz również szukał, ale po pewnym czasie, może to było nawet dopiero drugiego dnia, zauważyłem, że starszy pan ma nie tylko na celu wyprowadzić psa na spacer, ale również inne zadanie do wykonania, bardziej tajemnicze, intrygujące, wydawać by się mogło, że spacer z psem to tylko przykrywka dla jakiejś tajnej misji…
Nie zdając sobie sprawy z wagi tych spotkań rozkoszowałem się widokiem roztaczającym się w koło, syciłem nozdrza zapachem skoszonych traw i parującej ziemi, pomieszanej z wonią lasu…
Znacie taki zapach?
Można zakochać się w nim na zabój, co najmniej tak szybko i mocno jak w tej dziewczynie z parku, która krążyła na wrotkach w za krótkiej spódniczce…
Z tą tylko różnicą, że nie da się go opisać, jeśli słuchacz nie był nigdy na łące w czasie sianokosów.
Bo dziewczyna, wiadomo…
Ale łąka!
Nie jestem fitofilem!
Starsza pani w zielonym kapeluszu, oburzona, wstała i wyszła z sali.
A ja?
Pomknąłem po raz kolejny po delikatnej, jak dziecięca skóra, zieloności suszonej trawy…
Potem nastał czas wytężonej pracy,
zwożenie sprasowanego siana. Starszy pan z pieskiem i rozkosznie
wyglądająca dziewczyna na wrotkach sprytnie przenieśli się do innego
parku, a my tu z kilkoma
chłopakami w pocie czoła zwoziliśmy i
zwoziliśmy sianko do stodoły.
Pachniało tak, że gdyby nie sprawa Bolka i Lolka oraz Teletubisi opowiedziałbym Wam przez najbliższych kilka kartek o tym jak to rozkosznie pachnie.
Nastało lato.
Po raz kolejny jaskółki z dywizjonu 303 odgrywały rekonstrukcję bitwy o podwórko nad naszymi głowami. Szaleńcze pościgi za pękatymi i wolniejszymi jednostkami wróbelwaffe trwały aż do jesieni, na szczęście nikt wyraźnie nie ucierpiał, wszak to tylko inscenizacja…
Czasem tylko piraci wparowywali w to poukładane zamieszanie i cała eskadra wrzeszcząc musiała pędzić za nimi by chronić swoje gniazdka i by nikomu nic się nie stało.
To nie sen to jawa. Przekonuje się o tym pustułka gdy próbuje spokojnie przemknąć nad naszym podwórkiem w poszukiwaniu myszy lub nornicy, nie zazna spokoju nim nie zostanie odpędzona na kilkadziesiąt metrów. I tak do jesieni…
A jesienią.
Kolorowe jak łowickie wycinanki liście
drzew snują się po lesie i łące jak lumpy po parku, ale nie lumpy
przyciągają wzrok…
Dziewczyna w za krótkiej spódniczce wróciła z wakacji i mknie na wrotkach tak pięknie opalona, że starszy pan, aż zamarł, ten delikatnie lśniący brąz na jej łydkach i udach…
Bary. Bary! Gdzie, żeś się podział!? Starszego pana ogarnęła lekka trwoga, gdy zorientował się, że piesek zniknął mu z oczu. Rozumiem go…
Jesienią jeszcze poprawialiśmy drogę.
Zadzwonił wójt że ma kamyki na drogę więc niech ktoś wyjdzie i pokarze panu kierowcy gdzie wysypać.
Basia dzielnie z panem kierowcą porcjowała kamyki.
- To ile tego jest?
- 30 ton. - rzekł pan kierowca.
Dziękujemy. - odrzekła Basia.
I znowu wszyscy w całej okolicy pochowali się jakby jakieś Klondyke otworzyło swe podwoje opodal.
Jedynie stary (jego wiek znany redakcji) kumpel Rysiek wpadł i we trójkę te 30 ton rozwieźliśmy na drodze żeby była równa…
Nastała zima.
Ale tylko w kalendarzu, na pewno sami pamiętacie, ani mrozu, ani śniegu, jak tylko spadł w marcu wypstrykaliśmy cały film, żeby mieć pamiątkę.
Wiosna przyszła ni stąd ni z owąd, poznaliśmy po tym, że zamówiłem nawozy i piekielnie ciężkie, pięćdziesięciokilowe wory dźwigaliśmy z Basią do rozrzutnika.
Marzec.
- Czy nie sądzisz, że jakoś bardziej niż zwykle to zimowe nieróbstwo sprawia, że przytyłam?
Eee.. No wiesz? Tak jakoś nie jestem pewien ale chyba, być może…
Wybąkałem…
Czy wiesz, że gdy dziś rano jechałam do sklepu ten bocian, nie chciał mnie przepuścić?
Stał na środku drogi i patrzył mi prosto w oczy jakby zamierzał popełnić samobójstwo pod kołami?
Musiałam wysiąść i zgonić go jak gęś…
Nawet wtedy jeszcze niczego nie rozumiałem!
Kroczący bocian po łące, starszy pan z
pieskiem w parku.
No jasne!
Jak zwykle przysłoniła mi wszystko dziewczyna na wrotkach…
No i dobrze! Roześmiała się starsza pani w zielonym kapeluszu.
Odetchnąłem z ulgą, bo myślałem, że obraziła się tak, że już nigdy nie przyjdzie posłuchać.
Teraz wydarzenia potoczą się jak lawina.
20 marca.
Jestem w ciąży… płacze.
- Czemu płaczesz? Pytam.
- Bo się boję.
22 marca.
- Będziemy mieli syna, urodzi się…
2-3 maja…
To za sześć tygodni!
To możliwe tak szybko?
Dotąd ciąża u człowieka trwała dziewięć miesięcy…
Ja zwariuję…
2 maja 2007 godzina 4.30 rano.
Basia budzi mnie ze snu i krzątając się po domu woła!
-
Miśku to już...


No to jakby tyle w tym momencie.
Najważniejsze jest, że jest.
Tak było wczoraj a
dziś już okrzepły trudami życia 20to godzinny facet śpi smacznie
obok
swojej Mamy.
