Zawsze, kiedy przejeżdżamy
pod tymi brzozami nawet w taki wiosenny dzień, jak dziś, chowasz głowę głęboko
w kołnierz ubrania i zawsze mnie to bawi w duchu, i przypomina tamtą zimę.
Naszą pierwszą zimę tutaj, w tym raju na ziemi, który dla nas stał się
portem docelowym, wyzwaniem, jakie sobie rzuciliśmy kilka lat temu. Pamiętam
jak w styczniową niedzielę, chyba to były moje urodziny. Chciałem czegoś
niecodziennego, czegoś wariackiego jak zwykle, gdy od środka rozpiera mnie
radość..
Zaraz po uroczystym śniadaniu,
jakie przygotowałaś z tej okazji wyślizgałem się do stajni, ubrałem
Damaris i zaprzągłem ją do sań, jakie wraz z całą masą przeróżnych
staroci kupiliśmy z tym gospodarstwem. Cały podekscytowany jak mały chłopiec,
którym, myślę nigdy nie przestanę być, pobiegłem do domu po Ciebie.
- Kulig saniami?
- Ty chyba zupełnie
zbzikowałeś, dzisiaj jest minus dziesięć stopni na dworze i poza tym po
obiedzie mają przyjechać goście na Twoje urodziny, a ja mam jeszcze kupę
krzątaniny, potrzebuję twojej pomocy wariacie.
- Kocham Cię i zgadzam
się, ale jak wrócimy to stajemy razem do garów, OK?
- Jasne, że OK tylko się
zbierajmy, bo pani Maria nam zamarznie przy tych sankach. Nie będziemy daleko
jechać, bo jest na prawdę zimno, ale będzie fajnie.
Uwielbiam w tobie to, że
jak trzeba się zebrać tak raz dwa to ty, zupełnie jakbyś nie była kobietą
załatwiasz to błyskawicznie. Za pięć minut już otwierałem bramę a ty
kierowałaś nasze sanie na drogę. Miałem wrażenie, że niezbyt chętnie
stawiała kolejne kroki po skrzypiącym i iskrzącym białym puchu, jaki
zalegał całą okolicę.
Ale już po kilku
minutach rozgrzewki wsłuchiwaliśmy się w rytmiczne pobrzękiwanie dzwoneczków,
które znalazłaś gdzieś na strychu i przyczepiłaś do uprzęży, wtuleni w
siebie sunęliśmy po krainie ciszy i śniegu. Kocham te miejsca i pamiętam
ten kulig jako cudowny moment wspaniałej zapłaty za wszystkie trudy
codziennego życia.
Z nozdrzy Damaris wydobywały się obłoki pary, które
natychmiast znikały w mroźnym powietrzu tamtego poranka.
Miałem wszystko, co
ukochałem w swoim życiu najbardziej i o czym marzyłem od dawna, w zasięgu
ręki. Byłem niewypowiedzianie szczęśliwy, łzy szczęścia cisnęły mi się
same do oczu, spadały i zamarzały za chwilę na kołnierzu kożucha.
Widziałaś moje łzy i
wtuliłaś się mocniej we mnie i wiedziałem bez pytania, że jesteś szczęśliwa.
Jechaliśmy tak w
milczeniu zespoleni jedynie wspólnymi myślami o naszym szczęściu, może myślami
o tym czy może tak być już na zawsze?
A może o tym jak wiele
kosztowało wysiłku zerwanie z całym dotychczasowym światem i ucieczka w
ten sielski zakątek. Tamten dzień był na pewno najlepszym dowodem na to, że
było warto.
Dziś już nie chcę myśleć
jak bardzo w tamtych dniach bałem się o to czy nam się uda. Czy nasze pomysły
i chęć do ich realizowania w połączeniu z naszymi możliwościami
finansowymi wystarczą, aby godnie żyć właśnie tu, gdzie wspaniała uroda
dzikiej natury i swoboda pustych przestrzeni zabijają większość tych, którzy
się tu urodzili i by nie zginąć z głodu sprzedają swoją ziemię i
uciekają do miast w poszukiwaniu lepszego bytu.
Dziś już nie chcę o tym pamiętać, bo nie muszę.
Nasza praca a szczególnie twoja energia, nigdy niespożyta, niekończąca się
ilość energii sprawiła, że nie zabrakło nam rozpędu. Mieliśmy też, myślę,
trochę szczęścia. Ale tamten dzień, dzień moich urodzin będę w duszy
nosił zawsze i ciepło wspominał, mimo siarczystego mrozu, jaki towarzyszy
temu wspomnieniu.
Pomału kończył się
czas, jaki mieliśmy na naszą przejażdżkę, należało wiec wstrzymać
konie i zawracać.
-, Jaka szkoda, że
musimy już wracać.
Powiedzieliśmy dosłownie
w tym samym momencie i rozbawiło nas to jak zawsze.
Dzwoneczki uprzęży
straciły rytm i po chwili przestały dźwięczeć. Damaris nieco zasapana,
ale tym razem wyraźnie zadowolona ciągnęła stuletnie sanie wkoło leśnego
skrzyżowania dwóch dróg, na których, po nocnych opadach śniegu zaledwie
kilka pojazdów wyrzeźbiło swoje ślady. O tej porze w niedzielę jedynie na
drodze do kościoła można było spotkać kogoś, a jeszcze w taką pogodę,
jedynie najwytrwalsi ruszali się z domów. Albo szaleni tak jak my. Wracaliśmy.
Lubię okolicznych ludzi, są przyjaźni i towarzyscy, choć problemy odciskają
się na ich twarzach w wyraźny sposób. Jedynie tutejsze dzieci potrafią
cieszyć się tak, aby śmiały się nie tylko ich usta, ale i oczy. To smutne.
Marynia ciągnąc
sanie w tą stronę doskonale wiedziała, dokąd zdąża i szło jej to równie
sprawnie jak na początku naszej wycieczki.
Mieliśmy nawet wrażenie,
że z każdą minutą, która upływała na drodze powrotnej, dzwoneczki
dzwonią coraz szybciej i szybciej.
Lekko nawet zacząłem ją
strofować, gdy już zjechaliśmy na drogę do naszego gospodarstwa, bo biegnąc
wzbijała chmury śnieżnego pyłu, który osiadał na naszych ubraniach i
wciskał swoje lodowate dotknięcia pod kożuchy. Damaris nie pomna jednak ani
nawoływań ani zbierania wodzy całkiem nieźle wyciągniętym kłusem
zmierzała do swojej ciepłej stajni i do swojej rodzinki, która tam na nią
czekała od dobrej godziny. Zdawała się poruszać z taką lekkością jakby
nic za sobą nie ciągnęła.
To fakt, że razem wzięci
wyglądamy jak jeden porządnej postury mężczyzna a i sanie nie wiele warzą,
ale bez przesady.
Zbliżaliśmy się w nie
złym tempie do miejsca, od którego drogę do naszego domu nazwałaś brzozową
aleją. I rzeczywiście na taką nazwę zasługiwała. Damaris pędziła i za
kilka chwil bylibyśmy w domu gdyby nie piękny bażant, który zupełnie
nagle, ze swoim rozpaczliwym krzykiem, wypadł na drogę zza
pnia, prosto pod nogi
Maryni. To trwało bardzo krótko, ale za to wiele się w tym krótkim
czasie zdarzyło.
Damaris zawsze w
podobnych sytuacjach reaguje uskokiem w lewo. Pech chciał, ze w tym właśnie
miejscu wystaje pień niegdyś ściętej brzozy. Wystraszywszy się
wystraszonego bażanta biedna pani Maria wpadła na ten pień, sanie
natychmiast zatrzymały się na nim przednią belką, rozpędzona konina ani
poczuła jak napięte pasy uprzęży strzelają jak gumka u majtek, bo
rozpaczliwie przerażona bażantem i zaraz potem uderzeniem sań o pień pędziła
skrajem łąki dalej do domu. A my? Sama najlepiej wiesz, jak to się skończyło.
Sanie odbiły się od pnia i przez moment pędziły w przeciwną stronę, by
zatrzymać się na okazałej brzozie, która rosła obok.
Cały, dosłownie cały
śnieg, jaki na niej leżał był uprzejmy spaść na nasze głowy wypełniając
sanie po brzegi białym lodowato-zimnym puchem. Zamiast uciekać na boki
siedzieliśmy i śmiali do rozpuku w tej lodowatej kołysce. Zadzwonił
telefon pod moim kożuchem, śmiejąc się, nie, zataczając się ze śmiechu
wyskoczyłem z sań i wyjmowałem telefon z kożucha.
Dzwonili goście.
- Odwołują przyjazd z
powodu nagłych i bardzo silnych opadów śniegu. Powtórzyłem za głosem w słuchawce.
Nie wytrzymałaś, wybuch
śmiechu wywrócił Cię w zaspę obok sań.
Nie byłem w stanie dalej
rozmawiać musiałem się rozłączyć i przewrócić się do Ciebie w śnieg.
Jak dwa bałwany ciągnęliśmy
sanie pełne śnieżnego puchu śmiejąc się bez przerwy.
Potem był wspaniały
obiad i strzelał szampan i ogień w kominku, w którym mama przezornie zdążyła
rozpalić po naszym wyjściu, ale spędziliśmy ten dzień tylko we troje.
Nikt nie przyjechał i nie martwiło mnie to wcale. Było cudownie, ciepło,
rodzinnie, namiętnie jak zwykle przy Tobie.
- Poznajesz ten pień?
Wskazałaś palcem miejsce, o którym przed chwilą myślałem.
- A pamiętasz ten
telefon? Zapytałem.
Oboje parsknęliśmy śmiechem,
i śmiejąc się tak jak wtedy wjechaliśmy na podwórze naszego domu.
-
Dobrze, że już wiosna przyszła na dobre, już bym sobie posiedziała na
leżaczku i powystawiała się trochę do słońca, bolą mnie gnaty, starość nie
radość. Z nutką radości i zarazem żalu w głosie odezwała się mama stając u
wejścia do ogrodu i patrząc na rozświetloną porannymi promieniami słońca
naszą sielską okolicę.
- Wcześnie dziś wstaliście.
Dokąd was tak gna już o świcie? Zapytała. Może zrobię wam kakao.
- Mamo! Rozległ się chór
naszych głosów.
- Dobrze, już dobrze, idę sobie, jeszcze mnie
kiedyś poprosicie. Żartowała, odchodząc w swoją stronę…